Uczestnicy Dakaru mówią, że ten rajd nigdy nie śpi. Tak naprawdę nigdy też nie odpoczywa. W dniu przerwy pełne ręce pracy mają choćby mechanicy. W tym roku stwierdzenie to nabrało jednak nowego znaczenia. Podczas gdy motocykliści i quadowcy regenerowali się w Iquique, samochody i ciężarówki walczyły na etapie maratońskim. Ponownie doskonale pojechał Krzysztof Hołowczyc, który dotarł do mety w boliwijskim Uyuni z czwartym czasem. Nieco wolniej jechała załoga ciężarówki, która znów zmagała się problemami zdrowotnymi.
Etap maratoński z założenia jest trudny, bo zawodnicy nie mogą na biwaku skorzystać z pomocy serwisu. Sami muszą dokonać niezbędnych napraw i mogą zabrać ze sobą tylko trzy koła zapasowe. Dodatkową trudnością były wysokości, które chyba wszystkim dały się we znaki. – Głowa bardzo boli, a musimy zrobić sami cały przegląd auta – mówił Krzysztof Hołowczyc, który na mecie stawił się z czwartym czasem.
„Hołek”, który w klasyfikacji generalnej zajmuje miejsce tuż za podium przyznał, że wysokość nie była jedynym problemem. – Zaczął padać deszcz, następnie grad i zrobiło się bardzo ślisko. W pewnym momencie forsowaliśmy rzekę, która cały czas przybierała. Chyba byliśmy ostatnią załogą, której to się udało. Reszta musiała szukać objazdu.Na mecie zlokalizowanej na skraju wielkiego solniska – Salar de Uyuni, Polacy zameldowali się w komplecie. Marek Dąbrowski był 28., a Piotr Beaupre z Jackiem Lisickim przyjechali na pozycji nr 48. W klasyfikacji zajmują odpowiednio 29. i 32. miejsce.Równie ciężką przeprawę miały ciężarówki. Choć one nie wjechały do Boliwii, miały do pokonania bardzo trudne 335 km na Atakamie. Załogi w „wadze ciężkiej” również nie mogły na biwaku skorzystać z serwisu. Niestety Robin Szustkowski jeszcze nie do końca wyleczył się z grypy, która w połączeniu z częstymi tego dnia zmianami wysokości dała o sobie znać. Siedzący za kierownicą Jarek Kazberuk musiał kilka razy zatrzymywać się na trasie.