Już tylko 174 km odcinka specjalnego dzielą Rafała Sonika od mety w Buenos Aires. W piątek krakowianin pokonał przedostatni etap zmagań z 4. czasem i pewnie zmierza po pierwsze polskie zwycięstwo w 37-letniej historii Rajdu Dakar.
Kapitan Poland National Team wiedział przed startem 12. etapu, że żaden z rywali nie może mu już zagrozić. Jedyną rzeczą jaka mogłaby mu odebrać upragnione zwycięstwo była awaria. Dlatego na drodze dojazdowej do odcinka specjalnego, przez chwilę mocniej zabiło mu serce. – Silnik zaczął wyrzucać olej. Byłem dość przerażony, bo jego stan był prawidłowy, ale miałem pochlapane buty i tylni wahacz. Na szczęście miałem czas, żeby powycierać cały silnik papierem. Okazało się, że jedna ze śrub w bloku silnika poluzowała się i stamtąd chlapał olej – relacjonował krakowianin, który przez kilka minut najadł się więcej strachu niż na wszystkich poprzednich etapach.
Aby zapobiec ewentualnej awarii quadowiec powziął również inne kroki. Jednym z nich było… nacięcie zatyczek do uszu. – Na ogół jedziemy „na głucho”, żeby nie męczyć głowy hukiem silnika. Tym razem wolałem poświęcić uszy, żeby lepiej słyszeć silnik i dzięki temu bardziej go oszczędzać. Na tym rajdzie katujemy silniki na dużych obrotach, a to jest tak, jak z sercem konia. Gdyby jeździec słyszał bicie serca swojego zwierzęcia, to by go nie zamęczył. Sercem quada jest silnik, słysząc go mogę pilnować, żeby go nie „zajechać” – obrazowo tłumaczył Sonik.Trasa piątkowych zmagań wiodła przez wąskie górskie drogi i przecinała liczne rzeki oraz potoki. Jej charakterystyka pozwalała na szybką jazdę, ale tylko pod warunkiem dobrej widoczności. Tymczasem w pełnym słońcu, ponad trasą wzbijały się tumany kurzu. – Wyprzedzanie dziś było skrajnie niebezpieczne. Ja sam zostawiłem za plecami tylko jednego quadowca i może trzech motocyklistów. Widziałem zawodnika, który miał połamane żebra, bo nie zmieścił się w ciasnym zakręcie… – opowiadał.